Morze nasze może…. 120 km :)
Ten post został już przeczytany 279 razy
![]()
I znowu się udało. To już mój trzeci wypad nad morze, a pierwszy w którym przekroczyłem 120 kilometrów. Czyli jak wynika z moich obliczeń, z zachodniej strony morza Bałtyckiego pozostał mi jeszcze odcinek Ustka > Władysławowo, jeżeli chodzi o kilometraż to 113 kilometrów. Będzie to już ostatni taki wypad, w którym odległość liczę na kilometry. Na dłuższą metę nie ma to sensu, ponieważ zamiast podziwiać okolicę i okoliczne atrakcje, człowiek całą energię wykorzystuje to walki ze zmęczeniem i postępującym bólem.
Cóż mogę powiedzieć o tych dwóch dniach w czasie których udało mi się połączyć Ustkę i Kołobrzeg.
Na początku, nie planowałem w tym roku tak dużego wyjścia, tym bardziej że zaliczyłem już odcinek Władysławowo – Gdynia i myślałem że mi to wystarczy. Jeśli chodzi o Sierpień to w planach był PolAndRock lub pielgrzymka.
Niestety świat jest tak zbudowany że do końca nie wiemy co nas czeka. Gdzieś tak w Maju, gdy dowiedziałem się że PolAndRock został znów przeniesiony w nowe miejsce, że jest to lotnisko, i do końca nie wiadomo jak to wszystko się ułoży, a poza tym nie do końca przekonany byłem że jeszcze w tym roku chcę powrócić na łono tego wydarzenia, podjąłem decyzję iż rezygnuję.
Następna w planach była Pielgrzymka Krakowska. I tu także pojawiły się wątpliwości co do tegorocznego wyjścia, stwierdziłem że dla mnie jest jeszcze za wcześnie do powrotu do aż tak czynnej wiary.
Do końca nie wiedziałem co będę robił, aż trafiłem w Internecie na test butów Hoka One One. Jako że największym problemem dla mnie w czasie wszystkich wypadów była zbyt małą amortyzacja buta od podłoża, i już pod 30 kilometrach bardzo odczuwałem ten kontakt zdecydowałem się na zakup właśnie Hoki, model Spedgotat. I od tego momentu wiedziałem już że jednym z pierwszych testów będzie właśnie to wyjście.
Buty założone, start w Ustce o godzinie 14:30. Na początku trochę okrężną drogą, bo przez stację benzynową, na której zaopatrzyłem się w zasmaczystą Kawę ( kupiłem i przelałem do termosu ) , ruszyłem podbijać może. Jako że odcinek od Ustki do Jarosławca nie jest dostępny jako drogą linią brzegową ( poligon ), musiałem zrobić małą rundę objazdową. I tu zorientowałem się że na moje nieszczęście 99 % mojej wędrówki będzie odbywało się po asfalcie lub betonie, czego po prostu nie cierpię. Cały czas miałem nadzieję że buty dadzą radę.
Pierwsze kilometry się kręciły w niezłym tempie, które lekko wzrosło między godziną 23:00 a 5:00 rano, gdzie akurat wtedy spacer wypadł środkiem zarośli, bez sztuki latarni, i żywego ducha wokoło. Nie ukrywam że na początku pojawia się zwątpienie, aczkolwiek jako że nie był to mój pierwszy nocny wypad, po kilku minutach wszelkie duchy, topielice, i inne wodne strachajły stały mi się obojętne. 🙂 ( najgorsze są koty, bo świecą tymi swoimi ślipiami, jak co najmniej Wodnik Szuwarek ).
Do 5:00 rano udało mi się przeżyć, zdobyć kanał łączący jezioro Kopań z Bałtykiem i dotrzeć do Dąbek, gdzie po cichu dokonałem pierwszego obmycia w wodach Bałtyku.
Idąc dalej, kierując się mapą wyrysowaną w Czeskiej aplikacji musiałem w Dąbkowicach zrobić w tył zwrot i cofnąć się w stronę plaży, ponieważ okazało się że na odcinku 100 metrów na wyznaczonej drodze jest ” teren prywatny ” i nie da się przeczołgać.
Dalej już szło jak po maśle aż do około 85 kilometra kiedy to nawet Hoka z tak dużą amortyzacją nie dała już rady i moje nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Coraz częściej siadywałem na ławkach i ściągałem obuwie, tak żeby choć na chwilę dać odpocząć stopom. Niestety Hoka to but do biegania, a poza tym byłem obciążony plecakiem.
I tak od ławki do ławki dociągnąłem do Sianożęt, gdzie podjąłem decyzję o zmianie obuwia, na mniejszą amortyzację ale za to szersze. I to był błąd, bo zrobiłem to zbyt szybko. Gdybym poczekał jeszcze z 5 kilometrów do dojście do Kołobrzegu nie było by aż tak męczące. Ale stało się, buty zmieniłem i udałem się w dalszą drogę. A że był to już dzień następny i znów noc więc miałem nadzieję że tym razem będzie łatwiej. I w jakiś sposób było, ponieważ tempo wzrosło z 27 km. do 15:00 km .
Do Kołobrzegu dotarłem na godzinę 2:30, smyrnąłem nad Morze, zaliczyłem następną kąpiel i udałem się na stację PKP co było moim punktem końcowym, na który dotarłem około 3:30, co w ogólnym rozrachunku oznaczało około 37 godzin w trasie.
I teraz krótkie podsumowanie :
Dystans : 120, 93 km ( miało być 113 )
Średnie tempo : 18,35 km. ( Założyłem 13.05 )
Czas ruchu to : 25:03 godziny. ( Co oznacza że 12 godzin to walka z przeciwnościami )
Pozytywy:
+ Sukces, sukces i jeszcze raz sukces że doszedłem
+ Ni stąd ni zowąd w pociągu do Ustki spotkałem podobnie zakręconego gościa jak ja, on też zwiedzał co się tylko da 🙂
Negatywy:
– praktycznie cały czas idziemy betonem lub asfaltem ( 4,5 kilometra po plaży)
– na końcu wycieczki brak możliwości kąpieli ( niby prysznic na PKP miał być a nie było )
– problemy z prawidłowym wyznaczeniem trasy przez wszystkie możliwe aplikację ( część prowadziła przez poligon, część aplikacji pokazywała drogi które już nie istnieją )
Ogólnie pełna satysfakcja jest. Aczkolwiek tak jak pisałem na początku, wypady w tej wersji to tylko jeszcze odcinek który mi brakuje, czyli rok 2023, a następne to już w formacie ” idę 24 godziny bez względu na to ile kilometrów uda mi się zrobić” , czyli teraz czas nie kilometraż na pierwszym miejscu.
I tyle. Teraz chwila odpoczynku i idziemy biegać 🙂

Najnowsze komentarze